18/19 maja, sobota/niedziela, katar i burze

o czym nie będzie- o bólu, bezsenności, lęku, niepewności, poczuciu odrealnienia, wyobcowaniu z samej siebie i z ciała, które karze, niekończących się tygodniach cierpienia i naprawdę mam je na myśli, to nie egzageracja ani inny trop literacki. życie w chorobie która nie mija to czas, który mija bezpowrotnie i z którego nic nie wynika, i nie wiem jak można sądzić inaczej. nie mam z tym jednak kłopotu, właściwie jestem przekonana, że i z życia nic specjalnego nie wynika.

 

będzie o życiu, o tym, o czym są te lepsze i dobre dni, których ostatnio więcej, które ostatnio w końcu są, po długich i ciemnych miesiącach nieżycia

 

są na przykład o „pannach z wilka” agnieszki glińskiej w starym teatrze w któreś kwietniowe sobotnie popołudnie, pamiętam że był deszcz, a na obiad fasola cannellini z czosnkiem niedźwiedzim, anchois i burratą z książki londyńskiej ducksoup. myślę o tym przedstawieniu nierzadko, pobrzmiewa w głowie „kobiety wybierają różnie”, to jedno z mądrzejszych i celniejszych zdań o kobietach jakie słyszałam; zdarza nam się też puentować to czy tamto okrzykiem „jezus maria, wiktor przyjechał”. od tamtej soboty wzbogaciliśmy się o trzy tomki opowiadań iwaszkiewicza (okazało się, że poprzednie zniknęły) i plakat towarzyszący spektaklowi, matko powiesił mi go dziś w kuchni w miejsce „imienia róży”, ładnieje na tle siwej ściany. słuchamy też „gdzie są kwiaty”, sława przybylska przez marylę rodowicz, sprawia mi to radość

o pierwszym spalonym słońcem nosie, efekt kwietniowego dopołudnia na jednym z piazza w palermo, cynar spritz i po całej zimie niedowierzanie, że taki świat istnieje

o wzmożonej inklinacji do eustachego rylskiego, miesiąc temu słuchaliśmy go całą drogę z krakowa do wrocławia (seria wywiadów z różnych lat). często gra jego ulubiona piosenka, francuska „natalie”, znów radość (pamiętam jeszcze, że w drodze powrotnej słuchaliśmy glińskiej u domagały, dwójkowego dwukropku z agnieszką kosińską i bieńczykiem, tekstów o rosji renaty lis w „piśmie”)

o pęku kaliny, który przyniosłam dziś z hali targowej i z którego uciekają mrówki, i o ulubionym placku z rabarbarem, który krzepnie w piekarniku

o archiwum „desert island discs”, gdzie między innymi mocno przestarzały odcinek z jane grigson, która w koło macieju mówi o swoim geoffreyu, ale dzięki temu ja wiem więcej o francji

o serze jak młoda wiosna od pana mikołaja- gaperon z czosnkiem, i o serze w ogóle- kozich świeżakach z targu pietruszkowego, najchętniej z czosnkiem niedźwiedzim, świeżej ricottcie z sycylii albo pecorino

o oglądanym ponownie guadagnino, albo widzianym po raz pierwszy robercie altmanie- to przez olgę tokarczuk, przeczytałam gdzieś że jej ulubionym filmem jest „na skróty” i chciałam wiedzieć dlaczego. albo o nowym borcuchu (przyjemność z wymawiania „dolce fine giornata”, dolce-fine-giornata) i potem gadaniu do nocy o tym, dlaczego to nie jest dobry film- balkon, campari, rzodkiewki i masło i sól, czipsy truflowe z lotniska w palermo, cicha noc

o pawle bravo o ferrante, o natalii ginzburg, o franzenie, którego słuchałam ostatnio w pociągu do jeleniej góry, o beskidzie i lasach moniki sznajderman, po których jednak spodziewałam się czegoś innego, o opowiadaniach iwaszkiewicza, które są po prostu przepyszne

o radości z balkonu, i myśli, wciąż aktualnej, że te najdłuższe dni i najcieplejsze noce dopiero przed nami

o serialu „trust”, który wpierw nam się podobał, później mniej, w końcu znowu bardzo, a teraz jedyne co chciałabym robić w życiu to jechać do kalabrii, a w dodatku kocham się w luca marinellim

o winach, które znów cieszą, gdy znów mogę i umiem pić wino- wiosenną faworytą jest rosatea, valli unite, piedmont, italia

o jednym z powrotów z wrocławia do krakowa w wagonie warsu, w słońcu i dziwnej beztrosce, aurze sprzed nosów w telefonach, z współtowarzyszami podróży, którzy grali w skojarzenia, z innymi, którzy czytali książki, jeszcze innymi, które naiwnie (jeszcze nieopierzone studentki) rozprawiały o dorastaniu, z jeszcze inną, która spytała, czy może mi zrobić zdjęcie starym analogiem gdy patrzę przez okno

o akacjach (albo robiniach, na pewno nie złotokapach), które przedwczoraj zakwitły nam za oknem białym kwieciem, a ja od tego czasu ciągle myślę o smażonych w cieście i oprószonych cukrem pudrem kwiatach akacji, i skąd takie wziąć w krakowie, bo te przy balkonie za daleko i za wysoko

o panu, od którego kupuję na hali targowej warzywa, który gdy widzi mnie w kurtce w kwiaty albo bordowym płaszczyku uśmiecha się do mnie szeroko że „no wie pani, wygląda pani zupełnie jak malarstwo holenderskie w national gallery w londynie”, bo raz kwiaty, raz bordo i śliwkowe golfy, śmiejemy się potem długo i serdecznie, i odprawiamy rytualny dialog o a kiedy jest szansa na kwiaty cukinii, a wie pani że niedługo, o to świetnie, świetnie, będę dawał pani znać, wszystkiego miłego, do widzenia

o tym, że od pewnego czasu chodzę po codzienny nabiał ze swoimi słoikami- po jogurt grecki do greka na kleparz, po creme fraiche, kefir i jogurt do lorka tamże, po twaróg i białe serki od koziego gospodarstwa na targ pietruszkowy, u lorka kupuję też wspaniałe, wspaniałe rzemieślnicze masło zawinięte w dwa arkusze pergaminu, pan mikołaj od zawsze ubiera francuskie sery w pergamin- i że cieszy mnie to ponad wszelkie miary, te spacery ze słoikami, to, że gdy nie mam na ten spacer czasu, to po prostu nie mamy jogurtu, fakt, że to zdrowe i proste tradycyjną prostotą, że w lodówce w końcu nie straszą te okropne plastikowe kubeczki, butelki i wieczka, których tyle lądowało w koszu na śmieci. to daje satysfakcję- możliwość wyboru, jakieś wątłe, ale zawsze poczucie sprawczości, wreszcie przymioty smakowe, bo to wszystko jest po prostu bardzo pyszne, żywe, pierwotne. czuję się bliżej życia. nie chcę jeść innego masła.

o tym, że mój serdeczny kolega i sąsiad zza miedzy macio bobula, z którym z niejednego pieca chleb etc., dostał nagrodę silesius za debiut, i o czystej radości, jaka towarzyszy takim wiadomościom

o wiosennych spacerach po krakowie, tych ożywczych i świeżych, z wyostrzoną uwagą, z łakomymi oczami, z zachodzeniem w obce podwórka

 

o tym, jak smakuje wiosna: młodymi ziemniakami z czosnkiem niedźwiedzim i creme fraiche

brokułami gałązkowymi z anchois, oliwą i czosnkiem, torebeczką bobu w strąkach z sycylii, zagryzaniem jego drobnych koralików pecorino, grzankami z oliwą, bawolą ricottą

zielonymi zupami z różnych liści, chwastów i ziół

pizzą hrabiego, pierwszą po dwumiesięcznej przerwie

pochodem szparagów- w dorocznym risotto, z mozzarellą i anchois breadcrums, o czym pisała ostatnio w guardianie rachel r., w scafacie, zanurzanymi w jajkach na miękko, w stir-fry heidi swanson, w zupie, surowymi, smażonymi, pieczonymi, duszonymi, nigdy dość

defiladami kromek chleba z masłem od lorka, którymś z ulubionych białych serów, szczypiorem, rzodkiewkami, zieleniną, jajami na miękko- to najczęściej maniera sobotniego ranka, co tydzień zastanawiamy się, czy to się może znudzić

parmigianą na sycylii, makaronem z sardynkami i nacią dzikiego kopru włoskiego, pasta alla norma

duszoną młodą kapustą, najchętniej z masłem i anchois

poziomkowymi i borówkowymi lodami od braci hodurek

talerzykami warzyw we wrocławskiej taszce, z koperkowym aioli i z sosem holenderskim, gdzie wstawiłam się z bunią w poniedziałek młodym, lekko burzącym się winem, zachmurzonym podrostkiem, a potem, nazajutrz, trafił mi się piękny świt i brzask w pociągu kolei dolnośląskich relacji wrocław-jelenia góra

tajlandią w molam

 

 

i o myśli, ze jeśli w tym ogólnym rachunku wciąż zdarza się tyle radości i apetytu, to chyba wciąż wygrywa życie, i tym się karmię.

 

ata

 

 

 

 

Reklamy

24 kwietnia, środa

oskar miłosz: „ile razy będziesz wydawać sądy o francji, przypomnij sobie (…), że w każdym robotniku francuskim, takim jak ci, jest dwa tysiące lat cywilizacji” („rodzinna europa”)

 

czesław miłosz: „kto miał rację? czy cnota wyraża się w cierpliwym kształtowaniu krajobrazu przez wieki, krzątaniu się dookoła winnic, rzeźbieniu dębowych szaf louis xiii i louis xv, powolnym rytmie pracy sceptycznych i doświadczonych, którzy łagodzą wysiłek przerwami z pogawędką i szklanką wina- czy też w nagłych porywach woli, zdolnej wznosić st. petersburg na bagnach nad newą i z pustych stepów wypuszczać międzyplanetarne pociski? nie ma wspólnej miary tam, gdzie nie tak samo człowiek pojmuje swoje miejsce w świecie” (takoż)

 

no właśnie?

niespokojna (przewlekła) refleksja po kilku dniach na sycylii.

 

atalka

7 lutego, czwartek, słońce

motto z mikołajewskiego (z dziś, z jego profilu na fejsbuku):

„a więc ma to sens- jeździć i pisać o zobaczonym. zdawać sprawę z myśli, które rodzą się ze spotkania z innymi ludźmi”, którą to z kolei myśl dedykuję wszystkim tym, dzięki którym wiem i przez których coś się we mnie otwiera za sprawą tego, że i oni pojechali, napisali, zdali sprawę. i sobie też ją dedykuję, bo i we mnie jest potrzeba, żeby to co przeżyte pochwycić, zapisać, żeby zostało i żeby pomogło mi rozumieć.

 

rzym. najpierw jazgot mew, ptasia wrzawa nad głową. parasole sosen i zieleń, która w styczniu razi i demoralizuje polskie oczy- żywozielone pokrzywy w bruzdach i szczelinach nierównych chodników, bombki pomarańczy drzemiące na drzewach pomarańczowych, zielony przepych awentynu, cierpki zapach po ulewie, jak bukszpan. potem huk- metra, samochodów na pradawnym bruku, restauracji pełnych ekstatycznych rzymian, ekspresów do kawy, filiżanek i talerzyków, brzęk łyżeczek. zapach pałacu barberini- drewno, miód, dym, rozgrzany kościół, cisza pustych sal i cisza obrazów. tybr raz jak lody pistacjowe, po deszczu błotny i oleisty, rozjuszony. kochany, zaspany awentyn, przyjazne testaccio ze znajomymi już ulicami, placami, trattoriami, barami, targiem. lubię wracać. lubię myśleć, że „do siebie”.

 

w buzi jestem rzymianką. jestem szczęśliwa jedząc chleb z masłem i anchois, parmigianę, pecorino, cierpką zieleninę, karczochy i pulpety. przygotowałam się do tej wycieczki staranniej niż zwykle, wiedziałam czego i gdzie chcę, marzyłam o tym, dzwoniłam do wybranych miejsc rezerwując stoliki moim wątłym włoskim. prowadziliśmy zaawansowane badania terenowe nad cacio e pepe i najbardziej wciąż smakuje mi to w agustarello, wśród nieładnych żółtych ścian i ładnych ludzi. przed wzorowym cacio i pepe talerzyk pecorino i bruschetta z uduszoną cykorią, do cacio e pepe carbonara, po pastach rzymskie pulpety w sosie pomidorowym (nie wiem jak oni je robią, te klopsy są jak chmura. chociaż trochę już wiem, bo poszperałam u rachel roddy, chodzi chyba o uprzednie namaczanie chleba w mleku, już sama ta instrukcja działa na mnie kojąco), dwa espresso, gałka lodów pistacjowych w drodze powrotnej na awentyn. co poza tym- rozsławione kawałki pizzy w pizzarium, dobre, tłuściutkie, trochę jak tosty z dzieciństwa. bruschetty z masłem, anchois i cytryną, kolejne olimpijskie carbonary, sławny na pół rzymu „krokiet” z ogona wołowego i z niego terrina, więcej gorzkiej cykorii. karczochy- a la romana i a la giudia w gettcie, więcej pulpetów w sosie pomidorowym. ostatni obiad w restauracji, na którą bardzo czekałam- bruschetta z lardo i miodem, lasagne z mięsnym ragu z pieca opalanego drewnem (tylko w niedziele, ustawiają się po nią kolejki) i pierożki z ogonem wołowym, kawałek świnki z ziemniakami pieczonymi z rozmarynem (też kolejki, też piec opalany drewnem, pierwszy raz w życiu rozumiałam, o co chodzi w wieprzowinie), parmigiana.

aperitivi- cynar, negroni sbagliato (ostatnio ulubione), wina naturalne, które pije się teraz nad tybrem.

dolci- zawsze espresso, maritozzi, tarta z ricottą i wiśniami, wspaniałe, wspaniałe lody pistacjowe z kalabrii (tak informowało menu), tiramisu.

i zawsze ten ceremoniał, za którym więcej niż przepadam- zawsze obrus, koszyk chleba, grube serwety, jaka woda, szklanki, kieliszki, huk, wrzawa, porządek posiłku, nieporządek na stole, szczęśliwe, tłuste i lepkie dłonie. to osadza, co dzień od nowa, kilka razy dziennie. świętowanie życia (do którego coraz trudniej podchodzić mi z czułością). ostatnio nie mogę uwolnić się od myśli, że każdy żyje tak jak potrafi lub jak może, niewielu szczęśliwców żyje tak jakby chciało. ja potrafię właśnie tak.

jednego wieczoru zastanawialiśmy się jakby wyglądało nasze życie, gdybyśmy byli bardzo zamożni i mogli pozwolić sobie na wiele- i ja wciąż chciałabym tego samego, to znaczy jeździć do włoch i jeść w tych samych miejscach, może mieć tam dom. latać do londynu i na południe francji, zobaczyć amerykę. jeść ser, pić wino, czytać książki. tyle.

pisząc to wszystko mam jeszcze w głowie iwaszkiewicza, któremu jakaś paniusia zarzucała, że jego pisanie i mówienie o jeżdżeniu do europy, do włoch, jest niczym innym jak snobizmem, na co on: „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, to jest moje dziedzictwo, to jest nasze europejskie dziedzictwo”. no właśnie- „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, moje dziedzictwo”. weszło mi to w głowę i nie chce wyjść, i dobrze. a jeśli ktoś uważa inaczej, to znaczy nie uważa europy za swoje dziedzictwo, to ja mu jednak zasadniczo współczuję.

 

jeszcze co w domu- brokuł nawpółgałązkowy obgotowany przez czterdzieści sekund, a następnie wrzucony do oliwy z czosnkiem, anchois, rodzynkami i piniolami, zjedliśmy go z kulką burraty. żelazne wariacje na temat cykorie, fenkuły, cytrusy, wczoraj z pieczonymi burakami i ricottą i winegretem z campari i szalotkami i miodem, zagryzane pecorino romano, który kupiliśmy w volpetti na testaccio- burza w buzi, pochód smaku, łomot zmysłów (to moje nowe credo z serii „o co chodzi mi w jedzeniu”, i nad cesarskim pecorino z rzymu, i nad rodzimą renetą z orzechem, i nad kawałkiem fenkułu z oliwą, solą i pieprzem). w ubiegły weekend przyniosłam od pana mikołaja z le rond fromage a la truffe noire i jak wyżej- ta burza, ten pochód i łomot. niebywały ser, jak tort przekładany kremem z truflami, zjedliśmy go z miską zimowych liści i chlebem. pamiętam, że dzień wcześniej byliśmy w euskadi z gajosami i że bardzo smakowała mi tortilla i topinambur, a jeszcze dzień wcześniej siedzieliśmy do nocy przy barze w żonglerce, pijąc i jedząc za życie.

ale głównie wieczne to samo, bo znów przyniosłam dziś z kleparza koper włoski, radicchio, potarganą escarolę, wędzone pstrągi, renety i alwy, pecorino i gorgonzolę mascarpone, czarne oliwki (te ze zmarszczkami) i marynowane karczochy, fasole i ciecierzyce, głowę włoskiej kapusty, orzechy, jaja. dobrze.

 

w dłoniach też rzym- „rzymska komedia” mikołajewskiego, rachel, iwaszkiewicz i jego podróże do włoch. od przedwczoraj jeszcze „wszystkie kroniki wina” bieńczyka, które dostałam w imieniny od matko.

 

jutro zmiana kierunku, bo wydaję kolację dla sześciu osób, chyba będziemy jedli alpy (choć też włoskie).

 

a.

 

 

 

 

 

21 stycznia, poniedziałek

przeprowadzka. trzy ulice dalej, bliżej miłosza. te same przystanki tramwajowe, ten sam policzek plantów, pięć minut dalej na halę targową. mam teraz balkonik, pokój kuchenny i pokój dzienny, ze ścianą i boazeriami jak we włoskim pałacu. za oknem chyba akacje, ale to się okaże bliżej kwietnia. mieszkanie w stylu guadagnino i bertolucci w paryżu i krakowie. nauka chodzenia, uczenie się dźwięków, światła, słońca, zapachów, sąsiadów. dawno nie zmieniałam miejsca, zapomniałam już, jakie to bywa ożywcze. radość i nieustająca biesiada przy nowym (dużym) stole.

 

tydzień temu skończyłam trzydzieści lat, jak dotąd lubię dorastać, dochodzić do siebie, przyrastać i nawet (bo przecież) przekwitać i przemijać. życie nigdy nie było ciekawsze. sprawiłam sobie dzień ulubionych rzeczy- rano jajko na miękko, grzanka, masło i anchois, na obiad cykoria z pomarańczami, orzechy, kwadrat sędziwego comte i gwałtowny soumaintrain (dziękuję ci losie na le rond), chleb i wino, na kolację euskadi- drobny burger na trzy kęsy (najlepszy „kotlet” w mieście) i garstka domowych czipsów, smażone ozory wołowe z majonezem oliwkowym, królicza wątróbka w śmietanie na brioszce, żabnica, faszerowana kozim serem papryczka w miodzie, błyskotliwe gratin z topinamburu z orzechami laskowymi, chleb i oliwa; zabawa. w międzyczasie (między posiłkami) piliśmy cynar spritz, rozpakowywaliśmy i segregowaliśmy książki, szczeniacko radośni.

 

jeszcze o talerzach, póki pamiętam.

 

„braised cabbage” według molly stevens, świetne. na ostatnie minuty zapiekłam ją w taleggio, bo jego miałam w lodówce (to była niedziela przed trzema tygodniami, którą całą spędziliśmy nad „ankietami” osadzającymi i wieńczącymi ubiegły oraz przepowiadający obecny rok).

burrata, którą zjedliśmy z cykorią z winegretem, do którego dolałam aperolu- polecam.

brokuły i anchois, przez thoma eagle.

niezłe brandade w zakładce, z francuską zapiekanką ziemniaczaną.

żonglerka, wino, szymon zapowiadający noce z bagna caudą, jego terrina, fasola i oliwa i pistacje, chleb, kęsy, łyki, dłonie, dobrze.

liczne talerze sycylii- fenkuły, pomarańcze, czarne oliwki, szalotka, orzechy (włoskie lub laskowe).

w ogóle fenkuły i pomarańcze z sycylii, dzięki in campagnii.

w sobotę makaron pt. tyrol- krótki i razowy z kapustą włoską, creme fraiche i usmażonymi okruchami chleba.

wczoraj (niedziela) cykorie faszerowane czarnymi oliwkami, kaparami, okruchami chleba, czosnkiem, nacią pietruszki, rodzynkam, anchois i i piniolami, uduszone w battuto, oliwie, miodzie kasztanowym i białym winie, przepis z „the vegetable book” jane grigson, wspaniałe, wspaniałe.

kędzierzawa głowa cykorii endywii, którą jem radośnie trzeci dzień- raz z wingretem z anchois, raz z jajami na półtwardo, raz uduszoną na wiarę sycylijską.

dziś kolejny bankiet przy nowym stole: sycylia (fenkuł, pomarańcze, oliwki etc., jak wyżej), rzym („serca” cykorii z anchois i oliwą i pecorino), alpy (bo speck).

ulubione sery w styczniu- pecorino romano (wielka miłość) i langres (to szampania).

 

w następnym odcinku zamiast kulinariów będą kulturalia.

 

o polsce mówić nie będę, nie chcę, już nie umiem. ból brzucha, ból serca.

 

a.

 

 

5 stycznia, sobota

z radością i entuzjazmem jem od dwóch dni kaszę gryczaną z olejem lnianym, ledwo co zblanszowane brokuły wrzucone następnie na oliwę z czosnkiem, chili i migdałami, po prostu jajka, fenkuły z pomarańczami i oliwkami. koniec i początek roku na talerzach były barokowe, galowe, rubensowskie, wspaniałe.

 

na przykład (jednak naprawdę) ostatnia pizza w en plato w ubiegły czwartek- bianca z fior di latte, kaparami, oliwkami, kędzierzawą endywią i z anchois w miejsce pancetty, maestro hrabia spełnia moje ukryte pragnienia.

leek vinaigrette, jaja na półtwardo, prosciutto.

piątkowa kolacja w żonglerce- ulubione sery, anchois i chleb, fasola jaś z oliwą i kruszonymi pistacjami (wybitne), kawał terriny z jagnięciny, królika, wątróbek, gęsiego smalcu, więcej chleba, wina. prosto ze zwierzyńca poszliśmy żegnać się z kinem ars (zamiast kina będzie hotel) pięcioma godzinami sorrentino (i kolejnymi dwiema w niedzielę, już w domu, bo na dokładkę przypomnieliśmy sobie „młodość”). nie chcę brzmieć jak tetryk, ale mam serdecznie dość kolejnych hoteli i carrefour express w sąsiedztwie i w miejsce miejsc, o które zahacza się moje życie; ile carrefour express potrzebuje naród i świat, jakie to nudne. do kina poszliśmy z termosem earl greya i butelką wina. „wielkie piękno” jest niezmiennie i zdaje się że coraz bardziej wielkie, to chyba mój film, choć niespecjalnie oryginalne to wyznanie. oglądany pewnie siódmy (ósmy?) raz, pochłania i rozpala po (siedmiokroć) ośmiokroć, w zasadzie mogę kończyć jeden seans i zaczynać kolejny. w drodze do domu opowiadaliśmy sobie o wątkach i szczegółach, których wcześniej nie zauważyliśmy, to wspaniałe. zdaje się że mam słabość do rdzennych neapolitańczyków- sorrentino, ferrante, starnone, loren, pizza. przed rytualną „la grande bellezza” czekani z duszą na ramieniu „oni”, ta dusza niepotrzebna, chyba winna już jestem sorrentino zaufanie. wspaniały film o włochach, moją recenzję właściwie wyraził varga swoją recenzją („duży format”), i ja obcując z  sorrentino jestem „żarliwie wierzącą ateistką”, zupełnie mnie oszałamia. jestem fanką jeszcze tego spostrzeżenia: „jak się żyje na gruzach cesarstwa rzymskiego, to coś się tam wie o upadku cywilizacji. my tego wiedzieć nie musimy z przyczyn oczywistych- u nas cywilizacja zanim się rozwinęła, to już upadła, zatem nikt na to uwagi nie zwrócił” (śmiech przez smutek).

dalej. bigos mojego taty, kiełbaski z dzika.

na ostatnie śniadanie w starym roku- jajko na miękko, grzanka, masło, anchois; na pierwsze śniadanie w roku- infancie- rytualne naleśniki magdy, w twarogu rodzynki i skórka z pomarańczy, wiejska śmietana.

w noc sylwestrową sernik mojej siostry, świetne vitello tonnato oli i piotra, sery, cheddar marynowany w oliwie i cytrusach, anchoiade z włoskimi orzechami i suszonymi figami, bagna cauda, kiszonki, orzechy, chipsy z octem. wyniesione przeze mnie pod niebiosa tiramisu oli. na stoliku- butelki cynaru, aperola, campari, pimm’sa, china martini, cytrynówki marco, prosecco, brzęczenie szklanek i kostek lodu. koniec roku w tarczku, edycja pt. „la grande bellezza”.

a dziś, z niewielkim poślizgiem, ale z wielkimi nadziejami- włoskim zwyczajem soczewica na pomyślność i na szczęście, proporcje według rachel roddy (plus salsa orzechów włoskich i creme fraiche według deborah madison, plus ostatnie plastry sopressy).

 

rok umrzyk był bardzo trudnym doświadczeniem, z kłopotami na licznych frontach, ale nie umiałabym powiedzieć  że to jednoznacznie zły czas, przeciwnie. za nami rok tłusty od przeżyć i przypływów piękna, często myślę o tym, jaka byłam szczęśliwa jadąc, jedząc, pijąc, słuchając, patrząc, mówiąc, myśląc, czytając, odkrywając, rozumiejąc, planując, wymieniając myśli, żywiąc nadzieje. jest we mnie grad wdzięczności na ten temat. sporo się nauczyłam. na przykład spać. na przykład odpuszczać, głównie sobie. czekać, i pokory wobec zmian losu. milczenia w bólu, bezradności, strachu. nie mieć oczekiwań, racjonalizować rojenia. łagodzić język i sądy. odpędzać z pola widzenia, czytania i słyszenia osoby, które mi szkodzą lub budzą złe emocje, albo przeciwnie, prowokują we mnie paskudne (zawsze przecież niesłuszne) i szkodliwe samozadowolenie. patrzeć na siebie, nie odnosić siebie do, nie porównywać z kimś. spokój.

 

nowy rok, nowe-stare na linii widnokręgu i w kalendarzu. mój rok liturgiczny- liturgii kultury: kochane festiwale, premiery w kinie, teatrze i na półkach, premiery słów; stare w kinie, teatrze i na półkach. spotkania przy stole (z tymi ludźmi, o tych stałych porach roku/życia, w tych miejscach, ale też i nie, z nowymi, o nowych, w nowych), zdarzenia i kolacje okolicznościowe, podróże do włoch, przez polskę, w nowe i stare, wymiana myśli, wymiana adresów.

czas start.

 

ps. jeszcze w grudniu magda spytała mnie, co właściwie myślę o tej swojej agacie, czy nie wieje mi chłodem, a ona przecież nie chce, żeby mnie zawiało. w końcu ktoś odpowiedział na moje zastrzeżenia! od tej pory mówi do mnie ata, atalia. o jak mi się to podoba. wyczytałam, że atalia była samozwańczą królową judy, że imię znaczy tyle co „bóg jest wielki”, że jest taka wieś w ohio, a a w galaktyce planetoida o tym imieniu, że tropikalne lasy brazylii porasta atalia brazylijska (dość dziwaczna).

zatem,

 

ata/atalia

 

 

 

 

 

24 grudnia, wigilia

o co chodzi mi w teatrze:

1.czy coś mi mówi, coś otwiera

2.czy mnie niesie, rozbudza i pobudza krążenie krwi

najlepiej gdy spełnia obywa warunki, choć chętnie patrzę na brokat na przykład „morfiny” marciniak czy „kabaretu” warlikowskiego, a nic istotnego po nim przecież w głowie nie zostaje. to przyjemność podobna patrzeniu na whitney houston albo kolejnym odsłuchiwaniom płyty „faith” georga michaela czy moich playlist, na dźwięk których matko łapie się za głowę.

lubię też to, że nigdy nie wiem czego powinnam (i czy powinnam) się po teatrze spodziewać, co zobaczę i usłyszę, ta powtarzająca się niespodzianka i świeżość przeżycia są bardzo pociągające. a na poziomie elementarnym lubię to, co wydarza się między aktorami. gdy uda im się wytworzyć uczucie na żywo, na chwilę, od ręki- nie jak duble w kinie, nie jak przepisywane kilkakrotnie wątki w książce-to jest to wielkie. co oczywiście wcale nie jest oczywiste ani częste, o ile częściej się taka iskra nie pojawia niż pojawia- zresztą podobnie jak w filmach, jak w literaturze, wreszcie jak w życiu- ale jeśli już błyśnie, to zostaje mi w głowie na długo i grzeje. przy okazji myśl jak przyjemnie i ciekawie być aktorem teatralnym, jaka to praca bez końca.

 

smutek tęsknoty za smutną boską komedią. w tym roku teatr zadawał pytania o rachunki życia, o poczucie przynależności,  rozczarowania- i nie wyposaża w narzędzie nadziei. ile razy wracałam do domu z głową spuchniętą od pytań czy i ja przeżyję tak swoje życie, czy gorzkie rozczarowanie gdzieś na końcu jest wpisane w los, mimo zarzekania się i postanowień, że nigdy do takiego nie dopuszczę; czy można zrzec się uczestnictwa w pewnych scenach? czy koniec końców deser zawsze smakuje cierpko? czy obietnica finalnej słodyczy to największa ułuda, jaką się karmimy i jaką karmi się nas (ułuda spełnienia, czasu, życia wiecznego, raju, „na emeryturze” etc.)? czytałam w ubiegłym tygodniu „poczucie kresu” i barnes, przyglądając się swojemu bohaterowi, pisze że ten swoim samobójstwem odrzucił „kompromisy i małość, z jakich składa się życie większości ludzi. ‚życie większości ludzi’: moje życie”. no właśnie. tak samo z relacjami- dlaczego one wszystkie więdną albo dlaczego trwają te które niekoniecznie trwać powinny, i dlaczego według tego samego scenariusza, i dlaczego większość sprzeczek między dwojgiem ludzi jest tak do siebie podobna, dlaczego nie umiemy mówić inaczej, i że ja tak nie chcę i nie zamierzam (choć przecież bywa że tak się zachowuję) i ach na pewno na pewno nie, ja nie, nigdy, i czy to się w ogóle może się udać- to zawsze, to nigdy, nie tak, tak. bóg się rodzi, moc truchleje, piecze się ciastka, a ja jak widać niezmiennie jestem w nastroju mocno ostatecznym.

 

w ubiegły (zbiegły) czwartek poszłam na spotkanie z andrzejem sewerynem opatrzone przez wakara tytułem „trzeba mieć pogląd na świat- między sztuką a odpowiedzialnością”. fortunnie się złożyło, bo był to dzień w którym warlikowski przemawiał w parlamencie europejskim, zresztą bardzo ładnie- apel budzący lęk i poczucie mocy, i zdania z serii „wierzę w książki” i sporo o odpowiedzialności, mocno dziś niepopularne. seweryn później uderzał w te same nuty, zajmująco, pokrzykując o pracy u podstaw jako ostatniej desce ratunku (choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że na deski ratunku jest już za późno). moja myśl, że jeśli w ogóle towarzyszy mi jakaś religia, to oprócz objęcia natury jest nią kultura. brzmi patetycznie i jakoś niespecjalnie, ale to prawda. prosto z rajskiej pobiegłam do massolitu na rozmowę z markiem bieńczykiem o literaturze francuskiej i przekładzie, a stamtąd na scenę kameralną starego teatru na niespecjalnie udany „1946” brzyka. to pewnie nie jest dominujący pogląd, to pewnie jest pogląd mocno naiwny, ale moim zdaniem to jest właśnie życie i chciałabym swoje przeżyć właśnie w ten sposób (i jeszcze „jeść pić kochać”).

 

w (także zbiegłą) sobotę na obiad była ostatnia w tym roku pizza w en plato, a na kolację „wyjeżdżamy”. wiem, że krytycy od teatru są innego zdania i podkreślają wspaniałość tej nowej u warlikowskiego cechy niezachłystywania się samym sobą i nielatania za własnym ogonem, ale mi warlikowski bez brokatu i złota i warlikowski linearny wydaje się jednak szczuplutki, miękki i niespecjalnie zajmujący, ja na to nie reaguję; nie dość, że nie mówi nic nowego, to jeszcze nic inaczej. choć brak reakcji to też jest jakaś reakcja, i tu wracamy do przemówienia z brukseli („wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowany przez dialog”) i mojego wywodku o teatrze w ogóle- teatr może mi się nie podobać, ale na końcu i tak rozmawialiśmy o tym spektaklu do nocy (ja na dodatek ostatnio nie mogłam spać, regularna, podręcznikowa bezsenność, bezsenność obolała, okropne), i słuchaliśmy co o tym warlikowski, ja następnego ranka czytałam cały pęk recenzji, przy śniadaniu dalej o tym mówimy, ja dalej o tym myślę i od tamtej soboty odsłuchałam kilka audycji w tej sprawie- i to jest jakoś wspaniałe, to dowód na dialog, myślenie (w przypadku „wyjeżdżamy” wyjątkowo) krytyczne, na myślenie w ogóle które teatr zapala.

 

na talerzu często duński chleb zosi, jaja na miękko, masło. na naszą krakowską wigilijkę przed rozjazdami zrobiłam brandade z wędzonych pstrągów, do niego pieczone ziemniaki, prosciutto, sery, kiszone ogórki, pieprzna rzepa. w piątek jadłam pyszny bigos, dziś kanapki z kurczakiem, majonezem i awokado i inauguracyjny kawałek miodownika.

mniej więcej raz w roku mam chęć na ciastka i ten czas jest teraz. przed weekendem upiekłam partię laskowych ciastek z syropem klonowym nigela (powszechnie ulubione), cantucci z nasionami kopru włoskiego, rozmarynem i prażonymi migdałami heidi swanson (te ulubione przeze mnie) i kruche na słonym maśle z gorzką czekoladą z przepisu w „new york timesie” (te z myślą o matko).

 

w piątek z zainteresowaniem przyglądałam się (szczególnie) brytyjczykom świętującym winter solstice, to bardzo ładne i sensowne, za rok zamierzam aktywne włączyć się w obchody wydaną kolacją i odpowiednimi toastami w intencji światła. zamiast wigilii wolałabym świętować nadzieję na światło. czytam o pogańskich zwyczajach w tej sprawie, dla zabawy i z przyjemnością ułożyłam sobie menu na taką wigilię światła. blisko mi ostatnio do roślinnego, świetlistego pogaństwa, to jest autentyczny przedmiot mojej wiary, nie wiem dlaczego nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam (dopiero w piątek i wczoraj przez miłosza piszącego o litwie).

również w piątek jechałam pociągiem z wrocławia do jeleniej góry i z powrotem, jaka to ładna trasa, w dodatku przez „moje” miejsca- wałbrzych, wsie rudaw janowickich, janowice wielkie, doliny i łąki. po drodze koścista, wilgotna polska, zapłakana, grudzień w ostatnich latach znacznie stracił na urodzie. w drodze powrotnej moje źrenice przypominały naleśniki za sprawą atropiny, słuchałam więc sobie kolejno „dwukropku” franaszka z józefem henem, rozmowy z andrzejem sewerynem w „dwójce”, odcinków „bbc food programme” o jadalnych kasztanach z rachel roddy w roli głównej i tego z podsumowaniem książek kucharskich za odchodzący rok, a w bbc 4 po każdym serwisie informacyjnym z okazji winter solstice czytano wiersze na ten temat. bardzo, bardzo lubię słuchać.

 

zanudzam ostatnio wszystkim opowieściami o the feast of seven fishes / festa dei sette pesci, o jak mi się to podoba. nie wiedziałam, że włosi też obchodzą wiglię, która w dodatku nazywa się la vigilia, że też tradycyjnie poszczą aż do wielkiej kolacji, która tradycyjnie składa się z siedmiu dań z rybami i owocami morza w roli głównej (solony dorsz!anchois!ryby!zupa rybna!), a na deser jedzą cannoli. nowe marzenie- przebyć kiedyś wigilię w rzymie lub neapolu.

 

chłód marszczy plecy, rodzinne góry wzburzone, od trzech dni nieustająca wichura, bunt świata-moim zdaniem uzasadniony.

do czytania w święta mam „rodzinną europę” i książki kucharskie co pod choinką.

mogę sobie tu pogadać o tym wszystkim, o czym nie bardzo mogę przy świątecznym stole.

 

spokoju.

 

a.

14 grudnia, piątek, a kuku

Śniło mi się, że urodziłam dziecko i karmiłam je mąką żytnią. Kołyszę się do snu myślą o dzieleniu i formowaniu ciasta miękkiego jak pupka, jak policzek. Kręgosłup lędźwiowy trochę trzeszczy, skrzynka mailowa też, prawie rozumiem już brioche, prawie umiem napisać jeden tekst w cztery godziny, prawie umiem odmówić pajdy. Dziś jednak owsiana z masłem i bursztynem, czasem bogata, bo z brie albo z mortadelą, a najczęściej prościutka. Wszystkie kanapki mojego życia jem teraz przy naszym roboczym stole, w domu w koło macieju to samo – jedna zupa przez tydzień [buraczkowa, kapuśniak z Jadłonomii, dhal, krupnik gęsty jak kaszotto, pomidorówka na rosole, a nawet o zgrozo i z braku laku (czasu na zakupy) krem z brokułów albo szpinaku]. Jajo. Kawałek ciasta na deser albo czekolada czy cukrowe „noski” przywiezione w listopadzie z Gandawy. Wpełzam pod koc i zaczynam drugi etat.

 

Poranki: nie istnieją, tylko w weekendy robię sobie śniadanie w świetle dnia. Wielki powrót papek – kremu jaglanego z mascarpone, kardamonem i pomarańczowym miodem, ryżu na mleku (grudka masła, brązowy cukier, cynamon), kaszy manny z malinami. Moje pierwsze congee, niby udane, ale jednak sos sojowy mi o poranku przez gardło przechodzi z trudnością.

 

Pomiędzy: jesień fasoli, jak u Ciebie rok temu. Odkryłam bogactwo Mięsnego na Saskiej Kępie i nałogowo wykupuję ich kiełbaski, wspaniałą kaszankę (z jabłkowym puree i syropem od Rajmana), a nawet cielęce parówki, które podobno przyjeżdżają spod Krakowa. Jemy z keczupem i chlebem z masłem, jak za szczenięcych lat. Herbata z cytryną. Sałatka jarzynowa i kanapki z szynką. Czasy kolacji wymiennych ze śniadaniami, gdzie jesteście?

 

Wieczory: „Genialna przyjaciółka” i kilka innych równie sławnych co słabych seriali, o których nie chce mi się nawet pisać, „Szczelina” Doris Lessing, nowy Myśliwski (ach), komiksy Kultury Gniewu, „Małe Kobietki”, które pamiętam w swoich rękach pod koniec lat 90., Rachel Cusk (nie), „Jestem miłością” (bardzo tak, jak dobrze mieć długą listę nigdy nie obejrzanych klasyków starej i nowej daty), różne inne sprawy. Oprowadzanie kupców po mieszkaniu i rozmowy z notariuszem na przykład. To jest dopiero niekończąca się historia, trwa jej pierwszy tom – równo rok temu zaczęłam szukać nam mieszkania, jeszcze nie wyszliśmy z przedmowy.

 

Ciemność i zgniłość świata rozwiały nam ostatnio dwie małe podróże – nad zwykłe polskie morze i do pięknej, pustej i czystej Flandrii. W tej drugiej mój brat karmił nas mapo tofu i chińskim makaronem, smarowaliśmy sobie nosy czekoladą z rzeczonych gofrów, oglądaliśmy  i wypiliśmy bardzo dużo jak na tę chłodną porę roku zimnego piwa, ale było pięknie, zagranicznie. Tydzień temu ugościł nas za to Kołobrzeg. Zjadłam lody śledziowe (z przyjemnością, bo w tym roku mam ewidentnie jakieś rybne niedobory) i piłam wina swojego życia, pod kapustę, barszcz i pomidorową galaretkę z pstrągiem. Poszliśmy potem na spacer do Gdańska. Piesze linie proste wpędzają mnie w taki rozkoszny trans, a poszczególne stacje kolejowe na trasie do Warszawy w rozkoszne drżenie. Gdynia, Sopot, Oliwa. Marzenie na późniejszą dorosłość, chyba że wcześniej zaleje nas Bałtyk.

 

Zatraciłam potrzebę autokreacji internetowej, to i cicho.

 

K.

 

 

11 grudnia, wtorek

od ostatniego śladu mojej tu obecności:

 

-rachel roddy ogłosiła nową książkę, 50 rozdziałów o makaronie, bardzo mnie ta nowina pobudziła.

nową książkę zapowiada też emiko davies, historia i pretekst które za nią stoją urocze- opowiastka o jej toskańskim teściu, który od lat pięćdziesiątych wita nowy rok tortellini al sugo, tanim spumante i partyjką tomboli, który to zwyczaj podchwyciła cała okolica- jakie to ładne. tyję od takich opowieści, to jest właśnie kręgosłup życia. sama emiko bierze mnie jednak niespecjalnie, wszystko u niej ładne i miłe, ale brakuje w tym pestki, a mi w życiu idzie właśnie o pestkę.

-molly wizenberg w końcu, po roku bezgłosu, napisała tekst na orangette. aj jak ona potrafi to robić i jak było tego brak.

-w bbc4 czytano rano listy sylvii plath (z ameryki do anglii), zajmujące, a my słuchaliśmy w samochodzie dziennika herlinga-grudzińskiego z ostatnich lat jego życia (radiowa dwójka).

-dwukrotnie byliśmy w en plato, czuję się tam zupełnie u siebie, a pan kelner pamięta, że chcemy „napoletanę, ale z di bufalą zamiast wędzonej provoli, margheritę di bufalę, ale z dodatkiem salami (słodkiego i pikantnego), niegazowaną wodę, ale nie z lodówki, zimne chino i kieliszek chardonnay z sycylii”, to bardzo miłe. a teraz w dodatku przez cały sezon cytrusowy można kupić tam sycylijskie pomarańcze, grejpfruty, mandarynki i cytryny.

-zrobił na mnie wrażenie wywiad o bezdzietności w „wysokich obcasach” sprzed weekendu, który moim zdaniem jest rozmową o życiu w ogóle, kawał niedzieli dyskutowałam o niej z basią i schowałam go na kiedyś.

-widzieliśmy „pod osłoną nieba” bertolucciego, piliśmy cynar. zanotowałam sobie, że puenta filmu i puenta rozmowy z teodorczykiem (jak wyżej) jest o tym samym w gruncie rzeczy i w gruncie życia- że w gruncie rzeczy w życiu idzie tylko o grunt życia, a ja bardzo nie chciałabym tracić go z oczu, rozmieniać się na drobne, wspierać się o rekwizyty, patrz pestka.

-dowiedziałam się, że w ubiegły piątek obchodzono w mediolanie dzień świętego ambrożego i jedzono na potęgę pannetone, nie znałam tego święt(k)a.

-byłam na polonistyce uj-otu na grodzkiej na debacie o dwóch polskach- polsce herberta i polsce miłosza z chwinem i franaszkiem w roli głównej, byłam tym wydarzeniem dziwnie podekscytowana. jakąś dziwaczną przyjemność sprawia mi siedzenie w ławce w sali, gdzie w ławkach obok stala, fiut i cały kwiat krakowskiej polonistyki, o którym czytałam całe nastoletnie lata, taki sentyment zostaje. myślę sobie, że zawsze bardzo lubiłam być odbiorcą (kultury), to daje mi radość i zaopatrza w sens życia. nigdy chyba za to nie chciałam być „twórcą”, to nie mój temperament.

-widzieliśmy sześć odcinków „genialnej przyjaciółki” i jestem kompletnie odurzona, dobry boże, jak to niesie, jakie to piękne i ogromne. mała lenuccia prześliczna, michele solara o aparycji miłosza skrzyżowanego z markiem hłasko, lila jak kot, ogromna, ogromna przyjemność. a ja od trzech miesięcy uczę się włoskiego i mam ambicję, by mówić po włosku.

-jadłam risotto z brukselką, soczewicę casteluccio według rachel roddy, pieczoną kapustę, pieczoną w całości głowę kalafiora z fetą ubitą z creme fraiche i skórką otartą z cytryny, leek vinaigette, cykorie pieczone w prosciutto cotto i kremówce, cytrynową zupę z soczewicy z kolendrą (heidi swanson), gryczane galettes, dużo orzechów, dużo serca.

-przeszłam (mam nadzieję, boję się trybu dokonanego) przez piekielny krąg fizycznego bólu. za każdym razem jestem oszołomiona, że ciało może tak boleć, później pamięć o tym się zaciera, potem znów się dziwię, i tak w koło macieja.

-kupiliśmy smerka, jest krępy i przytulny, choć jeszcze nie mruga, bo nie znaleźliśmy czasu by opleść go lampkami. pomyślałam wczoraj, że święta są mi właściwie zupełnie obojętne i jeśli coś mnie cieszy, to to żywe drzewko w domu, i może jeszcze szansa na makowiec i kolędy preisnera (trwałe uczucie).

 

w krakowie festiwal boska komedia, od ubiegłej soboty do przyszłej niedzieli co dzień jestem w teatrze. w niedzielę zespół teatru starego po ponad rocznym rozstaniu, radość. demirski może nie w olimpijskiej formie i może „ale to już było” (dodatkowo jako widz czułam się na przemian to ganiona i zawstydzana, to łechtana, że oto „o, a ja taka wcale nie jestem, ha”- ten zabieg udany. koniec końców z teatru i tak wyszłam z migającą niespokojnie w głowie sygnalizacją świetlną że jaka właściwie jestem ja, czy i ja straciłam proporcje, czy umiem jeszcze myśleć i mówić o sobie z rozsądkiem), za to ta banda tak, ogromnie lubię na nich patrzeć. lubię myśleć, że to mój zespół, czuję się z nimi związana, tęskniłam.

wczoraj w słowackim do północy „trzy siostry” teatru z lublina- ciekawa, inteligentna, momentami porywająca inscenizacja, mówimy o nich i czytamy. wracaliśmy potem do domu przez planty, które mówiły o teatrze, to ładne i krzepi.

dziś kleczewska z teatrem śląskim, mocno się na jej temat z matko nie zgadzamy.

jutro znów czechow.

 

a.

 

 

 

 

 

26 listopada,poniedziałek

dziś będzie tryptyk (utknęłam na terapii i mam morze czasu, będę pisać).

 

wpierw itinerary, co ze mną ostatnio etc.

 

1.w ubiegłą sobotę z niedzielą mieszkałam w pięknym starym domu w górach sowich. nad górami siwy dym jak nad krakowem, co uszczupla radość życia, za to w domu bardzo pięknie- szarlotka z domową konfiturą z róży (mama), zlew kuchenny, o jakim marzę, kredens pełen herbaty, chrupiące podłogi i schody. matko cały wieczór łuskał włoskie orzechy, ja zrobiłam scenę, co mi się ostatnio zdarza, i do dziś wszystkich przepraszam. mam w głowie jeszcze przydomowe ogródki z ostańcami dalii, śnieguliczką, szyszkami i epilogowymi różami- kolory jak w malarstwie holenderskim, pod polskim listopadowym niebem, unia europejska.

2.w piątkowy wieczór urządziliśmy sobie pierwsze święto dziękczynienia we wrocławskiej napie, wszystko jak lubię- opalona brukselka z parmezanem, pieczone ziemniaki z aioli, burrata i dynia i piegi z orzechów laskowych, chorizo w morzu czerwonym sosu z chorizo, dorada, cannolo, espresso. piliśmy valpolicellę, bo wyczytałam ostatnio że było to ulubione wino audena i byłam ciekawa, a potem gewurztraminera, który już mi jednak przeszedł, wydaje mi się za słodki. a propos- zdecydowaliśmy ostatnio z matko (niezależnie od siebie), że 1.wszystko zdaje nam się ostatnio zbyt słodkie i 2.chyba niespecjalnie lubimy słodycze (mój ulubiony deser- kawa, affogato, jabłko i ser, latem placek z owocami, raz na jakiś czas dobre tiramisu, poza tym ricotta z miodem, i właściwie tyle). ja mam nawet większy kłopot, bo doszłam ostatnio do wniosku, że właściwie nie interesuje mnie już pieczenie i nie bardzo lubię to robić (HA HA). wczoraj zresztą rozmawiałam o tym z bunią, która poczyniła wyznanie, że nie lubi gotować, za to piec czy lepić pierogi już tak- więc ja zupełnie na odwrót. najbardziej zajmuje mnie gotowanie, zestawianie, układanie, poznanie, przetwarzanie, dokopywanie się do podstawy i esencji smaku. ergo- najwyższy czas zmienić swoje myślenie i narrację o sobie (po raz kolejny, i znowu, i wolta- ach życie. łapanie siebie zajmuje mi obiektywnie dużo czasu i wysiłku, ale nie tracę nadziei, że kiedyś się do siebie dokopię. a może wcale nie, i może to jest właśnie życie, i może nie mam (nie znam) na nie innego sposobu).

3.w ubiegłą niedzielę „makbet” dudy-gracz we wrocławskim capitolu, na tyle atrakcyjny, że dalej czasami o nim myślę. przy okazji wniosek, że szekspir w tłumaczeniu barańczaka sporo traci i dlaczego właściwie nikt się nim dziś nie zajmie od nowa, zasługuje na to.

4.w czwartek podwieczorek na dwa kieliszki z janem peszkiem w roli głównej, który już w pierwszym zdaniu wywiadu zadeklarował, że najważniejsze w życiu jest umiłowanie życia (to jak nigella w rozmowie z de bottonem, który podesłała mi agnieszka- pełna zgoda). na dodatek dobre wina (amfora, dla mnie podejście magiczne) i zjawiskowa kozia bryndza z gospodarstwa w łomnicy.

5.poza tymi niewątpliwie atrakcyjnymi miejscami otarłam się też o otchłań fizycznego bólu i gęstej mgły mózgowej, złe dni. moja przypadłość przypomina chorobę afektywną dwubiegunową, przy czym objawy są nie natury mentalnej, a organicznej. od olimpijskiej formy i fizycznej manii, przez spokojne i niezłe dni, aż do niskich kręgów piekła. srałby to pies.

 

część druga: wczoraj skończyłam czytać herberta, z duszą na ramieniu. zawsze przecież niby wiem, że bohater biografii nie żyje, a potem i tak co chwilę martwię się, że umrze.

bardzo wzbogacający czas, chce mi się czytać całą masę różnych rzeczy, na które wcześniej nie miałam ochoty albo zupełnie mnie nie zajmowały. moja główna konstatacja po tej obszernej lekturze jest taka, że sercem stoję jednak przy miłoszu. pociąga mnie  jego rozumienie ojczyzny i polskości, życia, metafizyki, jego wolty i istota, jego demony i furie, jego kłopoty z tożsamością, jego brwi jak bór. jest we mnie za to duża niezgoda na radykalizm i mitomanię herberta, a w późniejszych latach jego życia na pogardę i patos, którymi faszerował siebie i swoje teksty, wszystko to dość paskudne. franaszek musi go bardzo kochać, mnie nie stać w swoich sądach na taką wyrozumiałość i dyplomację. przy okazji jestem mocno zaniepokojona, bo do tej pory wydawało mi się, że pewien rodzaj inteligencji, oczytania, smak bronią jednak przed taką goryczą, ślepotą i złością w starości, przed zupełną utratą proporcji, ale chyba wcale nie (i co w takim razie chroni). jednak poza tym- wiele wierszy zachwycających, nikt też nie pisał takich listów jak herbert, ogromna, ogromna przyjemność. w środę na uniwersytecie jagiellońskim spotkanie z franaszkiem i chwinem o herbercie z miłoszem właśnie, potem trochę odzipnę (nad tokarczuk i może jakąś fabułą), a później wrócę do biografii miłosza, bo lata temu przeczytałam ją wybiórczo i bez sensu. zadanie domowe (tymczasem zdjęłam z regału korespondencję herberta z hartwig i międzyrzeckim i zaczęłam czytać w tramwaju, listy jak golf na zimę).

 

wreszcie punkt trzeci- stołowy.

 

mianowicie postanowiłam obchodzić święto dziękczynienia, bo uważam je za bardzo piękne (zgłosiłam też pod rodzinne głosowanie wniosek o zaniechanie „obchodów” gwiazdki, bo takie w mojej rodzinie właściwie nie występują, ale nikt nie podjął tematu). myślę, że wdzięczność jest w życiu kluczową kwestią, a myślenie o niej dobrze robi na proporcje. rozumiem też, dlaczego thanksgiving nie ma szansy powodzenia w polsce, ceremonie wdzięczności, radości i pokory to nie nasza specjalność. włosi za to mam wrażenie obchodzą święto dziękczynienia na okrągło, szczególnie wieczorami i przy każdym zajściu do baru (pochwała życia, wspólnotowość, duma z plonów ich ziemi, duma z tej ziemi w ogóle, etc.). w związku ze wszystkim powyższym w piątek wydałam pierwszą kolację dziękczynną, jedliśmy gratin z brukselki z pancettą (z bon appetit, jakie to dobre) w tłustej śmietance, puree z pieczonego selera z orzechami laskowymi, czerwoną kapustę z gruszkami, marynowane buraczki, ser puzzone, którego nie znałam i który wcisnął mi mirco (cosi cosi), wino.

 

w sobotę pół dnia dusiłam ragu z dziczyzny myśląc o umbrii, efekt więcej niż zadowalający. oprócz spraw fundamentalnych (czerwone wino, bulion, mleko, sofritto, trochę passaty, pancetta, rozmaryn, listek laurowy) dodałam do sosu skórkę parmezanu i marsalę, mięso zamarynowałam na noc w czerwonym winie z czosnkiem i szałwią. zjedliśmy prawie cały garnek ze świeżym papardelle i kopczykiem parmezanu. byliśmy szczęśliwi.

wczoraj na obiad ulubione brandade z wędzonego pstrąga, jestem apostołką brandade. brandade mimo nieszczególnego oblicza jest w moim odczuciu jakoś luksusowe, radosne, odświętne. w roli aktorów drugoplanowych- grzanki, czarna, pieprzna rzepa, ogórki kiszone, francuskie korniszony, rukola i rukiew wodna z oliwą i cytryną, pancetta. czego więcej, i po co.

tej jesieni potrafię zjeść tęgie ilości kapusty, nic mi tak nie smakuje. pieczona, duszona, kiszona, kimchi, surowa (najchętniej włoska), sok z kwaszonej kapusty. ulubiona to dalej pieczona z „winegretem” z orzechów włoskich, okruchów chleba, czosnku, oliwy, miodu, parmezanu.

w lodówce mam jeszcze zupę ogórkową z koperkiem, w kuchni moczy się ciecierzyca na humus, w pergaminie w lodówce kawałek comte i włoski caprino, pierwsze pomarańcze z sycylii.

 

z nadzieją na lepszy tydzień-

a.