11 grudnia, wtorek

od ostatniego śladu mojej tu obecności:

 

-rachel roddy ogłosiła nową książkę, 50 rozdziałów o makaronie, bardzo mnie ta nowina pobudziła.

nową książkę zapowiada też emiko davies, historia i pretekst które za nią stoją urocze- opowiastka o jej toskańskim teściu, który od lat pięćdziesiątych wita nowy rok tortellini al sugo, tanim spumante i partyjką tomboli, który to zwyczaj podchwyciła cała okolica- jakie to ładne. tyję od takich opowieści, to jest właśnie kręgosłup życia. sama emiko bierze mnie jednak niespecjalnie, wszystko u niej ładne i miłe, ale brakuje w tym pestki, a mi w życiu idzie właśnie o pestkę.

-molly wizenberg w końcu, po roku bezgłosu, napisała tekst na orangette. aj jak ona potrafi to robić i jak było tego brak.

-w bbc4 czytano rano listy sylvii plath (z ameryki do anglii), zajmujące, a my słuchaliśmy w samochodzie dziennika herlinga-grudzińskiego z ostatnich lat jego życia (radiowa dwójka).

-dwukrotnie byliśmy w en plato, czuję się tam zupełnie u siebie, a pan kelner pamięta, że chcemy „napoletanę, ale z di bufalą zamiast wędzonej provoli, margheritę di bufalę, ale z dodatkiem salami (słodkiego i pikantnego), niegazowaną wodę, ale nie z lodówki, zimne chino i kieliszek chardonnay z sycylii”, to bardzo miłe. a teraz w dodatku przez cały sezon cytrusowy można kupić tam sycylijskie pomarańcze, grejpfruty, mandarynki i cytryny.

-zrobił na mnie wrażenie wywiad o bezdzietności w „wysokich obcasach” sprzed weekendu, który moim zdaniem jest rozmową o życiu w ogóle, kawał niedzieli dyskutowałam o niej z basią i schowałam go na kiedyś.

-widzieliśmy „pod osłoną nieba” bertolucciego, piliśmy cynar. zanotowałam sobie, że puenta filmu i puenta rozmowy z teodorczykiem (jak wyżej) jest o tym samym w gruncie rzeczy i w gruncie życia- że w gruncie rzeczy w życiu idzie tylko o grunt życia, a ja bardzo nie chciałabym tracić go z oczu, rozmieniać się na drobne, wspierać się o rekwizyty, patrz pestka.

-dowiedziałam się, że w ubiegły piątek obchodzono w mediolanie dzień świętego ambrożego i jedzono na potęgę pannetone, nie znałam tego święt(k)a.

-byłam na polonistyce uj-otu na grodzkiej na debacie o dwóch polskach- polsce herberta i polsce miłosza z chwinem i franaszkiem w roli głównej, byłam tym wydarzeniem dziwnie podekscytowana. jakąś dziwaczną przyjemność sprawia mi siedzenie w ławce w sali, gdzie w ławkach obok stala, fiut i cały kwiat krakowskiej polonistyki, o którym czytałam całe nastoletnie lata, taki sentyment zostaje. myślę sobie, że zawsze bardzo lubiłam być odbiorcą (kultury), to daje mi radość i zaopatrza w sens życia. nigdy chyba za to nie chciałam być „twórcą”, to nie mój temperament.

-widzieliśmy sześć odcinków „genialnej przyjaciółki” i jestem kompletnie odurzona, dobry boże, jak to niesie, jakie to piękne i ogromne. mała lenuccia prześliczna, michele solara o aparycji miłosza skrzyżowanego z markiem hłasko, lila jak kot, ogromna, ogromna przyjemność. a ja od trzech miesięcy uczę się włoskiego i mam ambicję, by mówić po włosku.

-jadłam risotto z brukselką, soczewicę casteluccio według rachel roddy, pieczoną kapustę, pieczoną w całości głowę kalafiora z fetą ubitą z creme fraiche i skórką otartą z cytryny, leek vinaigette, cykorie pieczone w prosciutto cotto i kremówce, cytrynową zupę z soczewicy z kolendrą (heidi swanson), gryczane galettes, dużo orzechów, dużo serca.

-przeszłam (mam nadzieję, boję się trybu dokonanego) przez piekielny krąg fizycznego bólu. za każdym razem jestem oszołomiona, że ciało może tak boleć, później pamięć o tym się zaciera, potem znów się dziwię, i tak w koło macieja.

-kupiliśmy smerka, jest krępy i przytulny, choć jeszcze nie mruga, bo nie znaleźliśmy czasu by opleść go lampkami. pomyślałam wczoraj, że święta są mi właściwie zupełnie obojętne i jeśli coś mnie cieszy, to to żywe drzewko w domu, i może jeszcze szansa na makowiec i kolędy preisnera (trwałe uczucie).

 

w krakowie festiwal boska komedia, od ubiegłej soboty do przyszłej niedzieli co dzień jestem w teatrze. w niedzielę zespół teatru starego po ponad rocznym rozstaniu, radość. demirski może nie w olimpijskiej formie i może „ale to już było” (dodatkowo jako widz czułam się na przemian to ganiona i zawstydzana, to łechtana, że oto „o, a ja taka wcale nie jestem, ha”- ten zabieg udany. koniec końców z teatru i tak wyszłam z migającą niespokojnie w głowie sygnalizacją świetlną że jaka właściwie jestem ja, czy i ja straciłam proporcje, czy umiem jeszcze myśleć i mówić o sobie z rozsądkiem), za to ta banda tak, ogromnie lubię na nich patrzeć. lubię myśleć, że to mój zespół, czuję się z nimi związana, tęskniłam.

wczoraj w słowackim do północy „trzy siostry” teatru z lublina- ciekawa, inteligentna, momentami porywająca inscenizacja, mówimy o nich i czytamy. wracaliśmy potem do domu przez planty, które mówiły o teatrze, to ładne i krzepi.

dziś kleczewska z teatrem śląskim, mocno się na jej temat z matko nie zgadzamy.

jutro znów czechow.

 

a.

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s