18/19 maja, sobota/niedziela, katar i burze

o czym nie będzie- o bólu, bezsenności, lęku, niepewności, poczuciu odrealnienia, wyobcowaniu z samej siebie i z ciała, które karze, niekończących się tygodniach cierpienia i naprawdę mam je na myśli, to nie egzageracja ani inny trop literacki. życie w chorobie która nie mija to czas, który mija bezpowrotnie i z którego nic nie wynika, i nie wiem jak można sądzić inaczej. nie mam z tym jednak kłopotu, właściwie jestem przekonana, że i z życia nic specjalnego nie wynika.

 

będzie o życiu, o tym, o czym są te lepsze i dobre dni, których ostatnio więcej, które ostatnio w końcu są, po długich i ciemnych miesiącach nieżycia

 

są na przykład o „pannach z wilka” agnieszki glińskiej w starym teatrze w któreś kwietniowe sobotnie popołudnie, pamiętam że był deszcz, a na obiad fasola cannellini z czosnkiem niedźwiedzim, anchois i burratą z książki londyńskiej ducksoup. myślę o tym przedstawieniu nierzadko, pobrzmiewa w głowie „kobiety wybierają różnie”, to jedno z mądrzejszych i celniejszych zdań o kobietach jakie słyszałam; zdarza nam się też puentować to czy tamto okrzykiem „jezus maria, wiktor przyjechał”. od tamtej soboty wzbogaciliśmy się o trzy tomki opowiadań iwaszkiewicza (okazało się, że poprzednie zniknęły) i plakat towarzyszący spektaklowi, matko powiesił mi go dziś w kuchni w miejsce „imienia róży”, ładnieje na tle siwej ściany. słuchamy też „gdzie są kwiaty”, sława przybylska przez marylę rodowicz, sprawia mi to radość

o pierwszym spalonym słońcem nosie, efekt kwietniowego dopołudnia na jednym z piazza w palermo, cynar spritz i po całej zimie niedowierzanie, że taki świat istnieje

o wzmożonej inklinacji do eustachego rylskiego, miesiąc temu słuchaliśmy go całą drogę z krakowa do wrocławia (seria wywiadów z różnych lat). często gra jego ulubiona piosenka, francuska „natalie”, znów radość (pamiętam jeszcze, że w drodze powrotnej słuchaliśmy glińskiej u domagały, dwójkowego dwukropku z agnieszką kosińską i bieńczykiem, tekstów o rosji renaty lis w „piśmie”)

o pęku kaliny, który przyniosłam dziś z hali targowej i z którego uciekają mrówki, i o ulubionym placku z rabarbarem, który krzepnie w piekarniku

o archiwum „desert island discs”, gdzie między innymi mocno przestarzały odcinek z jane grigson, która w koło macieju mówi o swoim geoffreyu, ale dzięki temu ja wiem więcej o francji

o serze jak młoda wiosna od pana mikołaja- gaperon z czosnkiem, i o serze w ogóle- kozich świeżakach z targu pietruszkowego, najchętniej z czosnkiem niedźwiedzim, świeżej ricottcie z sycylii albo pecorino

o oglądanym ponownie guadagnino, albo widzianym po raz pierwszy robercie altmanie- to przez olgę tokarczuk, przeczytałam gdzieś że jej ulubionym filmem jest „na skróty” i chciałam wiedzieć dlaczego. albo o nowym borcuchu (przyjemność z wymawiania „dolce fine giornata”, dolce-fine-giornata) i potem gadaniu do nocy o tym, dlaczego to nie jest dobry film- balkon, campari, rzodkiewki i masło i sól, czipsy truflowe z lotniska w palermo, cicha noc

o pawle bravo o ferrante, o natalii ginzburg, o franzenie, którego słuchałam ostatnio w pociągu do jeleniej góry, o beskidzie i lasach moniki sznajderman, po których jednak spodziewałam się czegoś innego, o opowiadaniach iwaszkiewicza, które są po prostu przepyszne

o radości z balkonu, i myśli, wciąż aktualnej, że te najdłuższe dni i najcieplejsze noce dopiero przed nami

o serialu „trust”, który wpierw nam się podobał, później mniej, w końcu znowu bardzo, a teraz jedyne co chciałabym robić w życiu to jechać do kalabrii, a w dodatku kocham się w luca marinellim

o winach, które znów cieszą, gdy znów mogę i umiem pić wino- wiosenną faworytą jest rosatea, valli unite, piedmont, italia

o jednym z powrotów z wrocławia do krakowa w wagonie warsu, w słońcu i dziwnej beztrosce, aurze sprzed nosów w telefonach, z współtowarzyszami podróży, którzy grali w skojarzenia, z innymi, którzy czytali książki, jeszcze innymi, które naiwnie (jeszcze nieopierzone studentki) rozprawiały o dorastaniu, z jeszcze inną, która spytała, czy może mi zrobić zdjęcie starym analogiem gdy patrzę przez okno

o akacjach (albo robiniach, na pewno nie złotokapach), które przedwczoraj zakwitły nam za oknem białym kwieciem, a ja od tego czasu ciągle myślę o smażonych w cieście i oprószonych cukrem pudrem kwiatach akacji, i skąd takie wziąć w krakowie, bo te przy balkonie za daleko i za wysoko

o panu, od którego kupuję na hali targowej warzywa, który gdy widzi mnie w kurtce w kwiaty albo bordowym płaszczyku uśmiecha się do mnie szeroko że „no wie pani, wygląda pani zupełnie jak malarstwo holenderskie w national gallery w londynie”, bo raz kwiaty, raz bordo i śliwkowe golfy, śmiejemy się potem długo i serdecznie, i odprawiamy rytualny dialog o a kiedy jest szansa na kwiaty cukinii, a wie pani że niedługo, o to świetnie, świetnie, będę dawał pani znać, wszystkiego miłego, do widzenia

o tym, że od pewnego czasu chodzę po codzienny nabiał ze swoimi słoikami- po jogurt grecki do greka na kleparz, po creme fraiche, kefir i jogurt do lorka tamże, po twaróg i białe serki od koziego gospodarstwa na targ pietruszkowy, u lorka kupuję też wspaniałe, wspaniałe rzemieślnicze masło zawinięte w dwa arkusze pergaminu, pan mikołaj od zawsze ubiera francuskie sery w pergamin- i że cieszy mnie to ponad wszelkie miary, te spacery ze słoikami, to, że gdy nie mam na ten spacer czasu, to po prostu nie mamy jogurtu, fakt, że to zdrowe i proste tradycyjną prostotą, że w lodówce w końcu nie straszą te okropne plastikowe kubeczki, butelki i wieczka, których tyle lądowało w koszu na śmieci. to daje satysfakcję- możliwość wyboru, jakieś wątłe, ale zawsze poczucie sprawczości, wreszcie przymioty smakowe, bo to wszystko jest po prostu bardzo pyszne, żywe, pierwotne. czuję się bliżej życia. nie chcę jeść innego masła.

o tym, że mój serdeczny kolega i sąsiad zza miedzy macio bobula, z którym z niejednego pieca chleb etc., dostał nagrodę silesius za debiut, i o czystej radości, jaka towarzyszy takim wiadomościom

o wiosennych spacerach po krakowie, tych ożywczych i świeżych, z wyostrzoną uwagą, z łakomymi oczami, z zachodzeniem w obce podwórka

 

o tym, jak smakuje wiosna: młodymi ziemniakami z czosnkiem niedźwiedzim i creme fraiche

brokułami gałązkowymi z anchois, oliwą i czosnkiem, torebeczką bobu w strąkach z sycylii, zagryzaniem jego drobnych koralików pecorino, grzankami z oliwą, bawolą ricottą

zielonymi zupami z różnych liści, chwastów i ziół

pizzą hrabiego, pierwszą po dwumiesięcznej przerwie

pochodem szparagów- w dorocznym risotto, z mozzarellą i anchois breadcrums, o czym pisała ostatnio w guardianie rachel r., w scafacie, zanurzanymi w jajkach na miękko, w stir-fry heidi swanson, w zupie, surowymi, smażonymi, pieczonymi, duszonymi, nigdy dość

defiladami kromek chleba z masłem od lorka, którymś z ulubionych białych serów, szczypiorem, rzodkiewkami, zieleniną, jajami na miękko- to najczęściej maniera sobotniego ranka, co tydzień zastanawiamy się, czy to się może znudzić

parmigianą na sycylii, makaronem z sardynkami i nacią dzikiego kopru włoskiego, pasta alla norma

duszoną młodą kapustą, najchętniej z masłem i anchois

poziomkowymi i borówkowymi lodami od braci hodurek

talerzykami warzyw we wrocławskiej taszce, z koperkowym aioli i z sosem holenderskim, gdzie wstawiłam się z bunią w poniedziałek młodym, lekko burzącym się winem, zachmurzonym podrostkiem, a potem, nazajutrz, trafił mi się piękny świt i brzask w pociągu kolei dolnośląskich relacji wrocław-jelenia góra

tajlandią w molam

 

 

i o myśli, ze jeśli w tym ogólnym rachunku wciąż zdarza się tyle radości i apetytu, to chyba wciąż wygrywa życie, i tym się karmię.

 

ata

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s